Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

Violetta i muzyka

68-70 03 2012 015 grudnia 2011 zmarła Violetta Villas. Piosenkarka wylansowała kilka evergreenów polskiej muzyki rozrywkowej, jak „Do ciebie mamo”, „Nie ma miłości bez zazdrości” (sama napisała melodię i tekst), „Szesnaście lat” czy „Przyjdzie na to czas”. Była jedną z najwyrazistszych postaci rodzimej sceny, ale od kilkunastu lat kojarzyła się nie tyle z dokonaniami artystycznymi, co ze skandalami obyczajowymi i plotkami tabloidów.

Gdyby nie muzyka, Czesława Gospodarek, z domu Cieślak, nie zostałaby Violettą Villas. Gdyby nie autodestrukcja osobowości, pasmo sukcesów muzycznych Violetty mogłoby trwać do dziś. Przypomnijmy dzieje niełatwych związków Violetty Villas z muzyką.

Talent i edukacja
Muzykalność odziedziczyła po rodzicach. W Belgii (gdzie przyszła piosenkarka urodziła się w roku 1938) jej ojciec po pracy w kopalni grywał w zespole amatorskim – najczęściej na skrzypcach, choć umiał też zagrać na wiolonczeli, fortepianie, pile czy butelkach napełnionych wodą. Po powrocie z emigracji w 1948 i osiedleniu się w Lewinie Kłodzkim muzykował na weselach w okolicznych miejscowościach i w parkowej muszli koncertowej w Kudowie Zdroju. Uczył czworo swoich dzieci podstaw muzyki. Największe zdolności wykazywała Czesia. Miała słuch absolutny i świetne poczucie rytmu. Grała na skrzypcach w zespole szkolnym, śpiewała, tańczyła (chodziła nawet na zajęcia w szkole baletowej w Kłodzku), a co najważniejsze – nie miała tremy i lubiła się popisywać przed publicznością. Kiedy młodo wyszła za mąż i urodziła dziecko, w muzyce dostrzegła swoją szansę na wyrwanie się z domowego kieratu.
Wyjechała do siostry do Szczecina i zdała egzamin do średniej szkoły muzycznej na wydział wokalny. Po pierwszej klasie przeniosła się do szkoły we Wrocławiu, po trzeciej (zresztą nie otrzymawszy promocji) – do Warszawy, do Państwowej Średniej Szkoły Muzycznej przy ulicy Profesorskiej. We wszystkich kolejnych szkołach pedagodzy zachwycali się jej możliwościami wokalnymi – czterooktawową skalą, siłą, liryczną barwą i koloraturową giętkością głosu. Wróżono jej karierę primadonny, ale ona chciała śpiewać już i niekoniecznie na wielkiej scenie operowej.
Celowo wybrała jako przedmiot dodatkowy grę na puzonie, ponieważ nauczyciel tego instrumentu miał znajomości w Polskim Radiu. Przygotował z nią kilka piosenek i zaprowadził na przesłuchanie. Dyrygent radiowej orkiestry, Edward Czerny, docenił jej talent, zaproponował nagrania i koncerty. Do tego nie potrzebowała dyplomu. W 1960 została skreślona z listy uczniów.
„Czesława Gospodarek” – to nie brzmiało zbyt oryginalnie. Artystka powróciła do imienia danego na chrzcie – Violetta, a nazwisko utworzyła od słowa „las”. Została zawodową piosenkarką.

68-70 03 2012 02     68-70 03 2012 03     68-70 03 2012 04

Apogeum
Oprócz zdolności muzycznych atutem Violetty w początkach kariery były młodość, żywiołowość i wdzięk. Śpiewała bezpretensjonalne opowiastki o dziewczętach takich jak ona – rozmarzonych, roztargnionych, zakochanych. Melodyjne piosenki z chwytliwym refrenem zyskiwały popularność. Na razie dyrygenci tacy jak Rachoń, Czerny czy Klimczuk byli dla niej autorytetem. Pilnie uczestniczyła w próbach. Słuchała wszelkich rad i uwag. Jej talent wokalny był coraz lepiej rozpoznany i wykorzystywany, także w filmie. W drugim odcinku serialu TVP „Klub profesora Tutki” (1966) brawurowo, z ognistym temperamentem i humorem, wykonała piosenkę „Chica Helka”, inteligentny pastisz latynoskich rytmów, skomponowany przez Zbigniewa Ciechana.
Stawała przed coraz trudniejszymi wyzwaniami z pogranicza muzyki popularnej i poważnej. „Malagueña” Lecuony, „Mamma” Bixio, „Ave Maria no morro” Martinsa to utwory, w którym mogła wreszcie pokazać swój niezwykły głos, w kraju i za granicą.

Hiroszima vel Fudżijama
Słynny film Alaina Resnais’go „Hiroshima mon amour” (1959) zapoczątkował nurt nowej fali w kinie europejskim. Opowiadał historię trudnej miłości Francuzki i Japończyka na tle Hiroshimy, która kilkanaście lat po wybuchu atomowym nadal była martwym miastem. Obraz Resnais’go zainspirował twórczość niejednego artysty z kręgu muzyki rockowej – choćby Bryana Ferry czy grupę Ultravox. Pisarz, aktor i reżyser Maciej Zenon Bordowicz (19412009), wstrząśnięty fabułą i atmosferą filmu, napisał oniryczny erotyk „Hiroshima mon amour”. Oto fragment:
Jaką miłością zmazać ślady bólu?
Jakie ziemie naraz zatrzymać?
Jakim powietrzem Cię do łez przytulić?
O mon amour Hiroshima [...]
Rzeki odchodzą na północ codziennie, Łodzi rybackich port nie zatrzyma, Morze na brzegach oślepłe znów więdnie
O mon amour Hiroshima
Muzykę do wiersza Bordowicza skomponował Zbigniew Ciechan (ur. 1929), uprawiający zarówno muzykę poważną, jak rozrywkową. „Hiroshima mon amour” to utwór, który trudno zaklasyfikować do jednej z tych kategorii. Prawie siedem i pół minuty, potężna obsada instrumentalna w postaci orkiestry symfonicznej (Ciechan sporządził też inne wersje aranżacji – na zespół kameralny i na fortepian) i głos solowy określony jako alt, ale w istocie linia wokalu wymaga tu czterooktawowej rozpiętości skali – od skrajnych dołów kontraltowych do gór sopranu koloraturowego. To bardzo trudna partia. Błyskawiczne przechodzenie między rejestrami i rozpiętość dynamiki – a nie da się temu sprostać, nie panując nad barwą dźwięku; krtaniołomne skoki interwałowe i portamenta – nie do wykonania, jeśli śpiewaka nie cechuje perfekcja intonacyjna. Tekst literacki o skomplikowanej dramaturgii i zmienności nastrojów – a nie sposób tego oddać, nie dysponując doskonałą dykcją i umiejętnością zróżnicowania emisji głosu – od szeptu, poprzez parlando i liryczne legato, do krzyku. W nagraniu radiowym (dostępnym na YouTubie) dodano pogłos i efekt dobiegania głosu z oddali. Ciechan skomponował tę pieśń specjalnie dla Violetty Villas i jej możliwości wokalno-aktorskich. Powierzył śpiewaczce diament, a ona zrobiła zeń brylant – najjaśniejszy punkt programu rewiowego „Grand Music Hall de Varsovie”, z którym grupa polskich artystów zawitała w lipcu 1966 roku do paryskiej Olympii. Villas zaprezentowała, nie wahamy się powiedzieć, genialną interpretację „Hiroshima mon amour”.
Wykonanie Anny German z 1978 roku, na tle pierwowzoru, można uznać tylko za bardzo dobre.
Czy ktoś pamięta dziś o tej pieśni? Nie wymienia się jej wśród największych przebojów artystki. Niesłusznie. „Hiroshima” jest szczytowym osiągnięciem sztuki wokalnej Violetty. Nigdy wcześniej nie trafiła na utwór, który wykorzystałby w pełni jej talent. Nigdy później nie zawiesiła sobie poprzeczki tak wysoko. „Hiroshima” okazała się dla niej właściwie Fudżijamą. Od tej pory Villas zaczęła schodzić ze szczytu; najpierw powoli, robiąc długie postoje, a potem – pędząc na łeb na szyję.

68-70 03 2012 05     68-70 03 2012 06

Muzyka coraz dalej
Dzięki sukcesowi w Paryżu Villas dostała kilkuletni kontrakt do Casino de Paris w amerykańskiej stolicy hazardu – Las Vegas. Sztywne warunki: reżim prób i koncertów, narzucony scenariusz występów (standardy muzyki rozrywkowej, popowe aranżacje przebojów muzyki poważnej), narzucone stylizacje, blichtr, przepych strojów, świateł i scenografii. Od tej pory Violetta wmówiła sobie już na zawsze, że nie można śpiewać bez tego całego sztafażu.
W Las Vegas opanowała obszerny repertuar w dziewięciu językach, ale właściwie po powrocie z USA (1971) nie nauczyła się już niczego nowego. Przez cztery dekady setki razy powtarzała na estradzie „Oczy czornyje”, „Libiamo” czy „My heart belongs to daddy”, a ze starszych piosenek najczęściej – „Do ciebie mamo”, coraz bardziej przerysowując interpretację, aż zamieniła się we własną karykaturę. Kreacja wampa czy raczej demonicznej dominy (na sadomasochistyczy rys estradowego wcielenia Violetty zwrócił uwagę psycholog Piotr Szarota w książce „Od skarpetek Tyrmanda do krawata Leppera”) z wiekiem zaczęła budzić śmiech i politowanie. Przypominała tytułową bohaterkę filmu „Co się zdarzyło Baby Jane”. Barokowe kaskady wokaliz brzmiały coraz mniej precyzyjnie i to nie tylko w wyniku naturalnego starzenia się aparatu głosowego, lecz po prostu przez brak regularnych ćwiczeń. Gwiazda uwierzyła, że jej artystyczny geniusz nie potrzebuje fundamentu codziennej pracy i wsparcia mądrych profesjonalistów – dyrygentów i kompozytorów, tekściarzy, kostiumografów, reżyserów etc. Zero dyscypliny, zero punktualności, uzależnienie od psychotropów i alkoholu, dewocja i mania prześladowcza, otaczanie się zwierzętami i hochsztaplerami – w takim świecie Violetty coraz mniej było miejsca na muzykę. Szerokiej publiczności to nie przeszkadzało. Przychodziła oglądać legendę, a nie słuchać muzyki.
Z Ameryki przywiozła coś jeszcze. Pisze Witold Filler (1973): „Jakiś czarodziej teatralnej mody wymyślił tę kaskadę loków, ten fajerwerk pukli, to fryzjerskie nie-wiadomo-co, które zrobiło z Violetty skończoną szatanicę seksu. Trudno dziś wyobrazić sobie Violettę bez uczesania, a ona sama przypisuje mu znaczenia niemal magiczne: «Jeśli kobiecie ktoś obciąłby jej włosy – zmieniłby jej osobowość». W tym okrzyku kryje się skryte wyznanie, iż ten ktoś, co uczesanie Violetcie wymyślił – zmienił też jej osobowość. Z pełnej kompleksów i neurastenicznych lęków dziewczyny – przemiana w prawdziwą gwiazdę!”. Gwiazdę popkultury, ale za jaką cenę? Odpowiedź dała kiedyś sama Villas: „Przygotowanie fryzury kosztuje mnie więcej niż śpiew”. Nic dodać, nic ująć.
Kto roztrwonił wielki talent Violetty Villas? Przede wszystkim ona sama.

Autor: Hanna i Andrzej Milewscy
Źródło: HFiM 3/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF