HFM

Synergistic Research Galileo Universal

34-40 07 2011 01Ted Denney III, założyciel Synergistic Research, należy do tej nielicznej grupy pozytywnie zakręconych oryginałów, bez których świat byłby przeraźliwie nudny. Audiofilskiego bakcyla połknął w późnych latach 80., gdy jako student zaczął rozbudowywać posiadany zestaw stereo.

Poszukując kabla łączącego przedwzmacniacz z końcówką mocy, trafił na firmę, której produkty w pełni spełniały jego oczekiwania, lecz były poza zasięgiem możliwości finansowych. Nie mając innego wyjścia, Denney zaprojektował własne kable i przy okazji ze zdziwieniem zauważył, że te same przewody zupełnie inaczej zachowywały się w połączeniach ze sprzętem tranzystorowym i lampowym. Idąc dalej, odkrył, że przewody z tego samego materiału, ale o różnych długościach i splotach prezentują odmienny typ brzmienia. Efektem tych eksperymentów był pomysł produkowania kabli przeznaczonych do różnych typów urządzeń.
Po kilku latach pracy na etacie, w sierpniu 1992 roku, Denney poszedł na swoje i w Newport Beach w Kalifornii otworzył niewielki sklep, oferujący specjalistyczne okablowanie. Pech chciał, że świeżo upieczony przedsiębiorca wpadł w sam środek recesji, więc początki nie były usłane różami. Po trzech latach pomieszkiwania w firmie wpadły mu większe pieniądze i mógł się wreszcie przenieść do normalnego domu.
Obecnie Synergistic Research zajmuje spory obszar na przedmieściach kalifornijskiego miasta Irvine. Produkcja odbywa się na miejscu, a wszystkie modele kabli są wykonywane ręcznie przez zespół wykwalifikowanych pracowników. Uderzającą cechą produktów Synergistica są wysokie ceny, nawet jak na amerykańskie warunki, lecz produkcja niektórych modeli zajmuje nawet kilka dni.
Po sukcesie serii Tesla, wykorzystującej aktywne ekranowanie, Denney postanowił rozwinąć zastosowane w niej pomysły i opracować najlepszy na świecie przewód głośnikowy. Oczywiście cel ten przyświeca niemal wszystkim producentom, ale najczęściej kończy się na buńczucznych deklaracjach.
Prace nad projektem Galileo rozpoczęły się w 2009 roku. Punktem wyjścia było opracowanie kabli, które przekazywałyby czysty sygnał muzyczny zawarty na płytach. Mówiąc „sygnał” Ted nie ma na myśli sinusoidy widocznej na oscyloskopie, będącej sumą drgań elektronów w badanym przewodzie, zakłócanych przez czynniki zewnętrzne. Ideę Galileo porównuje on do obserwacji gwiazd. Gdyby ustawić na podwórku pod domem bardzo drogi teleskop, bez problemu dostrzeżemy kratery na Księżycu, a w sprzyjających warunkach – może nawet satelity krążące wokół innych planet Układu Słonecznego. Zobaczymy odległe galaktyki, a przy dużym szczęściu – wchodzące w ich skład pojedyncze gwiazdy, ale nie będzie już mowy o planetach krążących wokół nich. Czy to znaczy, że ich tam nie ma? Wystrzelenie teleskopu Hubble’a odsłoniło przed ludzkością niewidoczne szczegóły kosmosu, maskowane przez ziemską atmosferę. Okazało się, że Wszechświat roi się od układów słonecznych podobnych do naszego, na których też może być życie. System Galileo, nazwany na cześć jednego z największych astronomów w historii ludzkości, miał być takim muzycznym teleskopem Hubble’a i odsłaniać przez słuchaczem nieznane do tej pory obszary muzyki.
Pracę nad najlepszym kablem głośnikowym rozpoczęto od wyodrębnienia czystych pierwiastków srebra, złota, platyny, rodu i miedzi oraz zbadania ich wpływu na brzmienie. Później eksperymentowano ze stopami metali, prowadząc równocześnie prace nad udoskonaleniem aktywnego ekranowania. Kolejnym etapem było opracowanie systemu aktywnych filtrów, które oczyszczałyby sygnał wejściowy i wyjściowy z naleciałości, jakie czyhają nań we współczesnym świecie. Zdziwilibyście się, ile ich może być: kable zasilające własnego systemu hi-fi, pracujące za ścianą urządzenia elektryczne, sieci Wi-Fi, fale radiowe i telewizyjne, telefony komórkowe itd. Niestety, kable zachowują się niczym anteny wyłapujące wszelkie śmieci mające destruktywny wpływ na dźwięk. Jedne mniejszy, inne większy, ale zawsze będą powodować zmiany w subiektywnym odbiorze muzyki.

34-40 07 2011 02     34-40 07 2011 03

Efektem nieprzespanych nocy i tysięcy dolarów wydanych na badania był jedyny w swoim rodzaju system okablowania. W jego skład wchodzą aktywne filtry wejściowe, cztery osobne złote i srebrne żyły przewodzące, umieszczone w specjalnych prowadnicach, wykluczających kontakt z podłożem, aktywne filtry wyjściowe i wreszcie krótkie odcinki kabli zakończone widełkami lub wtyczkami bananowymi. Przy okazji opracowano analogiczny system służący do łączenia źródeł dźwięku ze wzmacniaczami, wyposażony w gniazda RCA lub XLR. Choć za Galileo stoją dziesiątki, jeśli nie setki pomiarów, Ted Denney twierdzi, że o ostatecznym doborze żył przewodzących pomiędzy filtrami (więcej srebra lub złota) powinny decydować subiektywne wrażenia z odsłuchów. I co na to powiedzą niewolnicy tabelek i wykresów?
Produkcja jednego systemu Galileo zajmuje 10 dni. Nie dziwi więc fakt, że za zestaw głośnikowy trzeba zapłacić 40000 dolarów, a za model przeznaczony do połączeń źródła ze wzmacniaczem – 25000 dolarów. W przypadku wzmacniaczy dzielonych kwotę tę należy podwoić, co sprawia, że na kompletny zestaw mogą sobie pozwolić naftowi szejkowie i rosyjscy oligarchowie. Dla normalnych zjadaczy chleba, ryżu, frytek lub kuskusu (niepotrzebne skreślić) Denney opracował wersję oszczędnościową, składającą się z aktywnych filtrów wyjściowych oraz krótkich odcinków przewodów prowadzących do odbiornika.

Budowa
Do recenzji trafił kompletny, trzyczęściowy zestaw filtrów Galileo Universal. Jedna para służy do połączenia źródła z przedwzmacniaczem, druga powinna wylądować pomiędzy preampem a końcówką mocy, trzecia natomiast oczyszcza sygnał płynący do kolumn. Krótkie odcinki przewodów pomiędzy filtrami a odbiornikami sygnałów zostały wykonane ze srebrzonej miedzi oraz poddane procesowi Quantum Tunneling, polegającemu na przepuszczeniu przez nie prądu o napięciu miliona woltów i zmieniającemu strukturę metalu na poziomie molekularnym. Dodatkowy system ekranowania redukuje przenikanie elektronicznych śmieci z powrotem do oczyszczonego sygnału.
Wiąże się z tym pewna niedogodność. Gdyby w miejscu krótkich odcinków kabli za filtrem stosować długie przewody, cała idea oczyszczenia sygnału wzięłaby w łeb. Natomiast kilkudziesięciocentymetrowe kabelki mogą sprawić kłopoty w trakcie instalacji. W przypadku łączówek, gdzie poszczególne elementy systemu stoją blisko siebie, nie powinno być problemu z ustawieniem filtrów, jednak przy kolumnach mogą się pojawić trudności. Podłączając kable do podłogówek z nisko umieszczonymi gniazdami, filtry Galileo stawiałem na niewielkich kamiennych płytach, ale w przypadku monitorów musiałem do tego celu skorzystać z dodatkowej pary podstawek używanych w czasie testów kina domowego.
Filtry mają kształt płaskich prostopadłościennych pudełek z czarnego akrylu. Obudowy są nitowane, więc ich zawartość pozostaje słodką tajemnicą firmy. Podejrzewam też, że w obawie przed wścibskimi naśladowcami zawartość puszek została zalana żywicą, a oznaczenia na poszczególnych elementach usunięte po zamontowaniu. Filtry wpinane pomiędzy źródła a wzmacniacze występują w wersjach zbalansowanych i RCA. Poza rodzajem wtyków różnią się zawartością oraz pracochłonnością, co przekłada się na ceny (szczegóły w tabelce).
Od strony wejściowej znajduje się gniazdo przeznaczone dla łączówki oraz mała dziurka, w którą należy wetknąć wtyczkę zasilacza aktywującego filtr. O tym, czy urządzenie jest pod prądem, informuje mała niebieska dioda. Od strony wyjścia znajdziemy krótki przewód zakończony wtyczką RCA/XLR prowadzący do odbiornika. To wszystko.
Galileo przeznaczone do kabli głośnikowych są bardziej skomplikowane. Od strony wejścia ulokowano w nich gniazdko zasilacza oraz jedną parę złoconych terminali przyjmujących widełki i banany. Na wyjściu natomiast widać aż sześć dziurek. Filtry umożliwiają podłączenie kabli do jednej pary gniazd, bi-wiring oraz tri-wiring. Ted Denney wyraźnie zaleca stosowanie podwójnego okablowania wyjściowego w przypadku posiadania odpowiednich gniazd w kolumnach, choć dodatkowa para kilkudziesięciocentymetrowych przewodów wiąże się z wydatkiem 900 złotych. Dużo to, czy mało – o tym za chwilę.
W dnach obudów filtrów znalazłem miejsce na wkręcenie ostrych stożków izolujących od podłoża, co w świetle idei towarzyszącej powstawaniu systemu Galileo wydaje się oczywiste.

Reklama

Wrażenia odsłuchowe
Filtry głośnikowe
Głośnikowe Galileo trzymałem nieprzyzwoicie długo. Słuchałem ich z zestawami budżetowymi, średniej klasy i hi-endem, a poniższe wrażenia są podsumowaniem kilkutygodniowych testów. Im dłużej na nich grałem, tym cięższą toczyłem walkę wewnętrzną, by już u mnie zostały. Niestety, z przyczyn, o których na końcu, oddałem je dystrybutorowi, choć na odchodnym usłyszałem „We’ll be back”. I wcale nie zabrzmiało to złowieszczo. Początki jednak nie zapowiadały się różowo.
Zanim zacząłem słuchać na poważnie, zafundowałem puszkom kilkudniowe wygrzewanie. Podsłuchując jednym uchem efektów ich wpięcia w system, dziwiłem się, co ludzie w nich widzą. W końcu któregoś pięknego dnia naszykowałem stertę płyt, zająłem miejsce pomiędzy kolumnami i przystąpiłem do testowania. Oczywiście z filtrami pomiędzy wzmacniaczem a kolumnami, bo przecież znam swój system na pamięć. Pierwsze wrażenie zapisane w notatniku brzmiało „szału nie ma”. Scena była nieco obszerniejsza niż bez filtrów, wysokie tony bardziej detaliczne, a bas schodził znacznie niżej, niż zapamiętałem sprzed podłączenia Galileo. Ale czy ta zmiana była warta kilkunastu tysięcy? Odpiąłem zatem filtry, ponownie puściłem słuchane fragmenty płyt i... dosłownie przysiadłem z wrażenia. Różnica była szokująca, dodam, że na niekorzyść. To, co do tej pory wydawało mi się przyzwoitym brzmieniem, sprawiało wrażenia płaskiego i jazgotliwego. Scena w porównaniu z tą z Galileo została zgnieciona w imadle, wyciśnięto z niej całe powietrze i większość oznak życia. Brzmienie, które jeszcze tydzień temu było satysfakcjonujące, po odpięciu czarnych skrzynek Synergistic Research okazało się nie do przyjęcia.
Po takim doświadczeniu zrobiłem sobie 24-godzinną przerwę, zresetowałem pamięć i nazajutrz zacząłem wszystko od nowa, ale już we właściwej kolejności.
Odtwarzając wybrane fragmenty płyt najpierw robiłem to z odłączonymi filtrami, a następnie powtarzałem z puszkami Galileo. W trakcie odsłuchu krążków stricte audiofilskich poprawa dotyczyła każdego aspektu brzmienia. Scena była zdecydowanie obszerniejsza, lokalizacja źródeł pozornych bardziej precyzyjna, a wszystkie dźwięki dłużej wybrzmiewały, nie wspominając o tym, że było ich więcej. W nagraniach muzyki klasycznej można było mówić nie o grupach instrumentów, lecz o poszczególnych muzykach. Sale koncertowe zyskały dodatkowe metry wszerz i w głąb, a w czasie recitali organowych pogłos odbijający się od sklepienia dawał realne wyobrażenie o rozmiarach kościoła. Z kolei w nagraniach jazzowych muzycy sprawiali wrażenie, jakby grali na dokładniej nastrojonych instrumentach. Nie w tym rzecz, że bez filtrów fałszowali, ale rozgardiasz, jaki panował na scenie, przypominał rzępolenie adeptów ogniska muzycznego. Ted Denney Trzeci miał całkowitą rację: efekt teleskopu Hubble’a się potwierdził.
W nagraniach rockowych zmiana w brzmieniu była iście kosmiczna. Niekiedy różnice okazywały się tak znaczne, że można było mówić o zupełnie nowej jakości. „Amused to Death” Watersa obfituje w najróżniejsze efekty przestrzenne, które filtry Galileo wydobyły na powierzchnię. Tak przynajmniej mi się wydawało, gdy posłuchałem tej płyty z nimi i bez. Bez filtrów akcja muzyczna rozgrywała się przede mną, a od wielkiego dzwonu dźwięki dochodziły zza pleców. Po włączeniu puszek znalazłem się niemal w centrum wydarzeń, jak gdyby stereo zastąpił zestaw wielokanałowy. Jeśli dodać do tego fakt, że usłyszałem więcej dźwięków nagranych na płycie, to nazwanie tej zmiany skokiem jakościowym w pełni oddaje zalety wpięcia w system filtrów Synergistica.
Na koniec należy się Wam wyjaśnienie, dlaczego oddałem Galileo dystrybutorowi. Otóż ustrojstwa te z największego badziewia potrafią wycisnąć sok malinowy. Gdybym słuchał muzyki tylko dla przyjemności, nie wahałbym się ani sekundy, ale w pracy recenzenta, gdzie podstawowym atutem jest bezstronność, byłyby bezużyteczne. Dopisałem je natomiast do krótkiej listy zakupów, które zrobię po przejściu na emeryturę. Mam nadzieję, że jeszcze będą dostępne.

Konkluzja
Jeśli słuchacie muzyki na zestawie budżetowym, powiedzmy po 2000 zł za element, to 13500 wydane na nowy sprzęt może wnieść więcej pozytywnych zmian w brzmieniu niż filtry Galileo. Jeśli jednak cieszycie się brzmieniem zestawu średniej klasy lub jesteście szczęśliwymi posiadaczami high-endu, filtry Galileo powinny jak najszybciej znaleźć się w Waszym systemie. Bez nich słuchanie muzyki jest jak oglądanie gwiazd w centrum wielkiego miasta.

Mariusz Zwoliński

34-40 07 2011 04     34-40 07 2011 06

Filtry sygnałowe
Działanie Galileo sprawdziłem w systemie złożonym z odtwarzacza Gamut CD 3, wzmacniacza dzielonego Roksan Caspian Platinum i kolumn Audio Physic Tempo VI. Uzupełnieniem okablowania były: głośnikowy Harmonix (puszkami głośnikowymi zajął się Mariusz) i sieciówki Neel N14E Gold.

Przedwzmacniacz/ końcówka mocy
Wrażenie jest natychmiastowe, a różnicę usłyszy nawet osoba, która do tej pory słuchała muzyki na miniwieży albo iPodzie. Tego nie jest w stanie zrobić żaden kabel. Staje się jasne, że w dźwięk ingerują układy aktywne, a nie kryształy superczystej miedzi. Po wpięciu puszek odbieramy zmianę jako jednoznacznie pozytywną. Zwłaszcza, jeżeli słuchamy rocka w mocniejszym wydaniu. Zacząłem od „Systemic Chaos” Dream Theater (2007) i – co tu dużo mówić – zagrało dwa razy lepiej. Różnica jest taka, jakbyście patrzyli na świat przez brudne okno i nagle ktoś otworzył je na oścież. Nie tylko widać lepiej, ale dochodzą do Was zapachy, czujecie wiatr i słyszycie, co się dzieje na zewnątrz. Jeżeli miałbym użyć jakiegoś porównania, to dźwięk wydostał się z klatki i eksplodował w pokoju. Działanie puszek jest trochę jak włączenie „loudnessu”. O ile jednak tam zabieg polegał na eksponowaniu skrajów pasma, tutaj sprawa idzie dalej.
Największa zmiana zachodzi w rozmiarach dźwięku. Pomijając to, że włączenie aktywnego elementu w tor powoduje, że robi się odrobinę głośniej (efekt psychologiczny), słyszymy, że dynamika i bas dostają zastrzyk adrenaliny prosto w serce. Muzyka nabiera rozpędu, jakbyśmy nagle puścili sprzęgło w ferrari i wyrwali do przodu na łeb, na szyję. Do tej pory lecieliśmy myśliwcem, wypatrując wroga na radarze i nagle widzimy go w oddali. Naciskamy więc guzik i włączamy dopalacze, czyli Synergistica. I tym samym dostajemy kopa w tyłek. O takiej sile, że możemy zemrzeć z głodu po drodze.
Efekt jest najdobitniejszy w dziedzinie dynamiki i basu. Startują z przyśpieszeniem 4 G. Dół nie tylko schodzi głębiej i zyskuje moc, ale też zmienia charakter. Różnicę można porównać do tej między kolumnami pasywnymi i aktywnymi. Zmienia się definicja zakresu. Z precyzyjnej linii robi się sprężyna, a każdy mocniejszy dźwięk zaczyna egzystować osobno, jako skoncentrowana dawka energii. Moc i głębia wzrastają, jakbyśmy zdecydowanie podkręcili potencjometr. Przyrost wrażeń dynamicznych jest jeszcze bardziej spektakularny, bo z efektownego nagrania wyrasta ściana dźwięku, jak na dobrze nagłośnionym koncercie. Po prostu czujemy, że do systemu dostaje się dodatkowa dawka prądu, tym razem z gniazdka 360 V. Dzieją się cuda!
Jeżeli brakuje Wam w systemach energii, poszukujecie wrażeń i wykorzystaliście już niemal wszystkie możliwości, to puszki Synergistica mogą być dla Was odkryciem, jak dla Kolumba Ameryka, a dla Europy ziemniaki po jego wojażach.
Pisząc ten test, miałem za zadanie nakreślić swoje wrażenia o „części interkonektowej”. Nie mam pojęcia, ile kosztują ulepszacze ani na jakiej zasadzie działają; zajął się tym drugi autor. Ale wiem, że jaka by nie była ich cena, są jej warte. Bo czasem inny wzmacniacz czy kolumny mogą wprowadzić mniejsze zmiany, a już na pewno nie tak jednoznacznie pozytywne.
Dźwięk staje się bardziej przezroczysty. Szczegóły wychodzą jak ślimaki po deszczu, a muzyka dostaje ładunek świeżości i realizmu. Na Dream Theater zaczynam rozróżniać poszczególne gitary, które przestają wchodzić w paradę wokaliście i perkusji. Wszystko słychać znacznie wyraźniej. Perkusja staje się dźwięczniejsza. Liczymy szarpnięcia strun gitar, a słowa docierają do uszu oczyszczone z szumu. Założyli tam jakiś filtr czy co? W każdym razie: nie odsiewa on muzyki, bo tej jest o 100 % więcej.
Po ostrym graniu przyszła pora na kolejne albumy: „90125” Yes, „Misplaced Childhood” Marillion, a także na Madonnę, Queen, The Rippingtons, Yellow, Yellow Jackets i spokojniejsze granie spod znaku Nory Jones i Tori Amos. I znowu zmiana jednoznacznie pozytywna. Pomijając bas i dynamikę, które rosną jak fabryki w Shenzen, zauważymy też inną mięsistość i kaloryczność brzmienia. Włącza się wspomniany dopalacz i trudno z niego zrezygnować.
Dopiero w klasyce czujemy, że coś jest na rzeczy. Przestrzenność nagrania nie wzrasta, może nawet trochę karleje scena w ECM-owskich realizacjach. Symfonika (moja ulubiona wytwórnia to Decca) też w pierwszej chwili rośnie, ale po długim słuchaniu dochodzimy do wniosku, że „pompka” trochę ogranicza swobodę i lekkość brzmienia. Tracimy na naturalności i bezpretensjonalności takich nagrań, jak dobre fortepianowe rejestracje DG. Nie znaczy to, że nagle dźwięk staje się nienaturalny, ale znika gdzieś odrobina zwiewności, najbardziej subtelny szlif. A więc także maksymalna neutralność wobec nagrania. Synergistic „kombinuje” i to trzeba sobie jasno powiedzieć.
A jak kombinuje? To już zależy od preferencji i płytoteki.
Jeżeli 90 % kolekcji stanowią albumy rockowe, popowe i elektryczny jazz, to nie ma się nad czym zastanawiać. Przytłaczająca większość muzyki rozrywkowej brzmi z puszkami ciekawiej, a już na pewno efektowniej. I nie jest to „loudness”, ale coś, co ożywi Wasze podejście do słuchania, odkurzy drogę do ulubionych płyt. W takim przypadku Synergistic jest po prostu potrzebny, a zastanawianie się nad zakupem to strata czasu.
Jeżeli słuchacie rozrywki i klasyki w stosunku 50:50, korzyść z puszek także przeważa nad purystycznym podejściem. Warto.
Dopiero gdy jesteście ortodoksyjnymi miłośnikami sonat Beethovena i motetów Palestriny, a nie słyszeliście o The Who, szala zaczyna się przechylać w stronę systemu bez dopalacza.

Źródło/przedwzmacniacz
Synergistic to mistrz świata w dziedzinie ożywiania starych nagrań. Jeżeli wasza dyskografia Genesis potrzebuje masteringu, to lepiej zaufać Galileo niż realizatorom w studiu. Zrobi to lepiej, wręcz spektakularnie. Normalne wydanie „Dark Side of the Moon” zmieni w 180-gramowy winyl. I to jest kwintesencja opisu amerykańskich puszek.
Szlachetnym, wyrafinowanym nagraniom kwartetów Brahmsa filtry „trochę” szkodzą, za to japońskim edycjom Marillion i zwykłym, katalogowym wydaniom Kate Bush – dodają skrzydeł. Musicie się po prostu zdecydować.
Zwłaszcza, jeżeli podłączycie drugi komplet.
Jak nietrudno się domyślić, zmiany idą w tym samym kierunku; dostajemy dodatkową dawkę kalorii. Jednak nie do końca, bo dynamika i bas nie poprawiają się już tak spektakularnie (ale jest postęp!). Zauważamy za to przyrost przejrzystości, porządku i rozplanowania źródeł w przestrzeni. Dźwięk robi się cięższy w basie, ale lżejszy w ogóle (ciekawe). Nagrania ulubionych zespołów z lat 80. i 90. stają się niemal audiofilskie, a na to nie ma ceny.
Puszki, niestety, nie nadają się na narzędzie pracy recenzenta, bo za dużo robią dobrego. Zwłaszcza jeżeli słuchacie takiej muzyki, jaką sam lubię.
Dlatego żałuję, że nie mogę ich sobie zainstalować. Kiedyś, jak już rzucę robotę recenzenta, będę je mieć, ale jak powiedział czarny wojownik z „Gladiatora”: „jeszcze nie teraz”.
Dlatego jeżeli je zainstalujecie u siebie, pozostanie mi tylko pozazdrościć. I pomarzyć o takim basie.

Maciej Stryjecki

34-40 07 2011 T

Autorzy: Mariusz Zwoliński, Maciej Stryjecki
Źródło: HFiM 7-8/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF